Wiem, że jedni są za planowaniem, inny przeciw. Mówią, żeby żyć chwilą. Jednak moi Kochani. Planowanie nie gryzie, a pomaga. Tylko my musimy też chcieć korzystać z tego, co zaplanowaliśmy!

U mnie sprawa ma się tak, że muszę mieć zaplanowane, co danego dnia muszę zrobić, bo moja pamięć jest słaba. I pod koniec tygodnia okazuje się, że nie zrobiłam połowy rzeczy, które powinnam zrobić. Dlatego kiedyś raz na tydzień, a teraz codziennie wieczorem planuje. Aktualnie robię to z dnia na dzień. Jednak są takie rzeczy, które planuje w rozkładzie miesięcznym.

Między innymi jest to praca. Mam powiedzmy napisać 100 tekstów albo wypracować 80 godzin miesięcznie. Więc na początku miesiące liczę dni pracujące. W styczniu jest ich 20. Odejmuje dwa, trzy dni – w każdym miesiącu mamy taki dzień, że nam coś wypadnie, musimy skoczyć do urzędu, pójść do lekarza, czy po prostu nie jesteśmy w stanie wstać z łóżka. Czyli zostaje nam 17 dni. I liczbę godzin, czy tekstów dzielę na te 17 dni. Jeśli nie wychodzi liczba całkowita, to zaokrąglam zawsze do góry. (Jak zrobię wcześniej, to mam troszkę wolniejszy koniec miesiąca.) Dzięki temu widzę, ile dziennie muszę napisać.

Ale to nie wystarcza. Sama świadomość tak naprawdę niewiele nam daje. Bo świadomość nie sprawi, że praca sama się zrobi. Po każdym dniu spisuję, ile zrobiłam. Ostatnio również od razu podsumowuje, ile jest już zrobione, żeby widzieć, czy praca idzie do przodu, czy raczej mam zaległości. Mi osobiście to pomaga, bo od razu widzę, ile jest godzin wypracowane. To też od razu działa na psychikę, jak ta liczba jest za mała, to wiemy, że trzeba zebrać się i pracować.

Moim zdaniem tę metodę możecie stosować również do nauki języków i rozplanować sobie ilość godzin nauki. Do ćwiczeń, do pracy, czy jakiejkolwiek innej rzeczy, z której chcecie rozliczać się sami ze sobą w trybie miesięcznym. A więc planuj! Czy macie swoje sposoby na planowanie długotrwałych zadań?